Wielki Post

 

Modlitwa wielkopostna Efrema Syryjczyka  ( Aleksander Schmemann  – Przegląd Prawosławny kwiecień 2006 )

Panie i Władco żywota mego!
Nie dawaj mi ducha próżniactwa, 
zniechęcenia, chciwości,
panowania i gadatliwości,
Za to obdarz mnie, Twego sługę,
duchem wstydliwości,
skromności, cierpliwości i miłości,

O, Panie i Królu!
Spraw, abym widział moje przewinienia  I nie potępiał brata mego.
Albowiem Tyś błogosławiony jest   na wieki wieków. Amen.

Spośród wszystkich wielkopostnych hymnów i modlitw jedną można uznać za, w szczególnym tego słowa znaczeniu, wielkopostną. Jest to modlitwa, której autorstwo tradycja przypisuje jednemu z wielkich nauczycieli duchowego życia – św. Efremowi Syryjczykowi. Modlitwę tę czyta się dwukrotnie na końcu każdego wielkopostnego nabożeństwa od poniedziałku do piątku (w soboty i niedziele nie jest czytana, jako że nabożeństwa tych dwóch dni stanowią wyłom w porządku wielkopostnych służb Bożych). Przy pierwszym czytaniu każdej prośbie towarzyszą głębokie pokłony, po których następuje dwanaście małych pokłonów połączonych z zawołaniem: „Boże, oczyść mnie grzesznego!”
Potem czyta się modlitwę w całości po raz drugi i na koniec składa się głęboki pokłon jeszcze raz.
Dlaczego ta krótka i prosta modlitwa zajęła tak ważne miejsce w porządku wielkopostnych nabożeństw? Otóż dlatego, że wylicza ona w jedyny w swoim rodzaju sposób wszystkie negatywne i pozytywne elementy pokuty i stanowi, że się tak wyrazimy, wykaz postulatów kierowanych w Wielkim Poście pod naszym adresem. Pierwszy z nich nakazuje podjęcie próby wydźwignięcia się z naszej niemocy, sprawiającej że zwrot ku Bogu staje się w ogóle niemożliwy.
Owa najgroźniejsza niemoc to próżniactwo i lenistwo. Jest to ten straszny stan bezwładu i bierności całego naszego jestestwa, który zawsze ciągnie nas nie w górę, lecz w dół, który każe nam wierzyć w niemożliwość, a zatem i w bezsensowność czynienia prób, by coś zmienić.
To w samej rzeczy głęboko osadzony cynizm, na każde wezwanie do duchowego wysiłku odpowiadający „po co?” i sprawiający, że duchowe siły zostają przez nas w życiu zmarnotrawione do cna.
Jednym słowem duch próżniactwa to korzeń wszystkich grzechów, jako że tłamsi on duchową energię u samego jej źródła.
Owocem próżniactwa jest nuda i zniechęcenie, które wszyscy nauczyciele duchowego życia traktują jako największe niebezpieczeństwo dla duszy. Człowiek ogarnięty zniechęceniem przestaje widzieć to co dobre i pozytywne, wszystko zaczyna się sprowadzać do negacji i pesymizmu. Równoznaczne jest ono z popadnięciem we władzę diabła, albowiem diabeł to nade wszystko łgarz. Łże on na temat Boga i świata, napełnia życie ludzkie ciemnością i wszystkim co negatywne.
Zniechęcenie okazuje się dla duszy samobójstwem, gdyż człowiek nim ogarnięty staje się absolutnie niezdolny, by widzieć światło i pożądać go.
Chciwość panowania. Choć wydaje się to może dziwne, to właśnie próżniactwo, lenistwo i zniechęcenie napełniają nasze życie chciwością panowania. Wypaczając nasz stosunek do życia i czyniąc je pustym i pozbawionym sensu, zmuszają nas do szukania rekompensaty w zajęciu na wskroś nieprawidłowej postawy wobec innych osób. Jeśli moje życie nie zostaje zwrócone ku Bogu, nie jest nastawione na wiekuiste wartości, musi się stać egoistyczne i egocentryczne, a to oznacza, że wszystkie inne jestestwa zaczynają być traktowane jako środki do naszej autosatysfakcji. Jeśli Bóg nie jest Panem i Mistrzem naszego życia, to ja sam staję się panem i mistrzem samego siebie, staję się absolutnym centrum mojego własnego świata i zaczynam wszystko rozpatrywać w kategoriach moich potrzeb, idei, pragnień i sądów. W ten sposób chciwość panowania prowadzi do tego, że wszystkie je chcę sobie podporządkować. Przy tym bynajmniej niekoniecznie musi się to wyrażać w chęci komenderowania i dominowania nad innymi. Równie dobrze wyrażać się to może w obojętności, pogardzie, braku zainteresowania i szacunku dla bliźnich. Lenistwo i zniechęcenie w tym przypadku zwrócone są przeciw innym i tym samym uprzednie duchowe samobójstwo dopełnione zostaje duchowym morderstwem.
I wreszcie gadatliwość. Ze wszystkich Bożych stworzeń jeden człowiek otrzymał dar mowy. Wszyscy święci ojcowie widzą w tym „pieczęć” Obrazu Bożego w człowieku, jako że sam Bóg objawił się nam jako SŁOWO (J 1,1). Lecz będąc najwyższym darem, jest ono zarazem największym zagrożeniem. Wyrażając samą istotę człowieka, jego autoafirmację, właśnie z tego powodu przyczynić się ono może także do jego upadku, samounicestwienia, sprzeniewierzenia się i grzechu. Słowo to coś, co zbawia i zabija, słowo daje natchnienie i słowo truje. Prawda wyraża się w słowie, ale diabelskie kłamstwo też posługuje się słowem. Posiadając wielką pozytywną siłę wyposażone jest ono także w ogromną siłę negatywną: dawać może początek i temu co pozytywne, ale i temu co negatywne. Słowo okazuje się czcze, gdy odchyla się od swego Boskiego przeznaczenia. Staje się czynnikiem potęgującym próżniactwo, lenistwo, zniechęcenie, chciwość władzy i tym samym życie przemienia się w prawdziwe piekło. Słowo to wówczas w samej rzeczy moc zła.
Tak więc pokuta okazuje się czymś, co zwraca się przeciw powyższym czterem manifestacjom grzechu – przeszkodom, które należy zwalczać. Lecz tylko jeden Bóg jest w stanie tego dokonać. Dlatego pierwsza część wielkopostnej modlitwy okazuje się krzykiem z głębi ludzkiej bezsilności.
Następnie modlitwa przechodzi do pozytywnych celów pokuty, których także są cztery.
Wstydliwość! Jeśli terminowi temu nie nadawać, jak się to często dzieje, znaczenia odnoszącego się wyłącznie do spraw płci, należy go rozumieć jako pozytywne przeciwieństwo ducha próżniactwa i lenistwa. I jeśli przez wstydliwość potocznie rozumiana jest cnota, przeciwstawiana seksualnemu wyuzdaniu, to dzieje się to dlatego, że zachwianie w człowieku naturalnej równowagi w żadnej sprawie nie jest tak namacalne jak przy seksualnej rozkoszy i towarzyszącemu jej wymknięciu się ciała spod kontroli ducha. Chrystus okazuje się tym, kto tę równowagę przywraca, wznawiając prawdziwą hierarchię wartości i prowadząc nas z powrotem do Boga.
Pierwszy i jakże cudowny owoc wstydliwości to skromność. Polega ona nade wszystko na zwycięstwie w nas prawdy, na unicestwieniu tych kłamstw, w których zazwyczaj żyjemy. Jedynie skromni zdolni są żyć zgodnie z prawdą, widzieć i przyjmować rzeczy takimi, jakie one są i dlatego okazują się zdolni widzieć majestat Boży, dobro i miłość we wszystkim. To właśnie dlatego powiedziano, że Bóg jest łaskawy dla pokornych, a zawstydza pyszałków.
Za wstydliwością i skromnością naturalną koleją rzeczy idzie cierpliwość. „Upadły” człowiek jest niecierpliwy – ślepy, gdy idzie o niego samego, skory jest do osądzania i wyrokowania o innych. Dysponując jedynie bardzo niepełną, fragmentaryczną i niedoskonałą wiedzą o otaczających go rzeczach, mimo to mierzy wszystko według swego gustu, ze swego punktu widzenia. Obojętny na wszystko, co nie dotyczy jego samego, ugania się w życiu wyłącznie za swoim sukcesem.
Cierpliwość to w samej rzeczy Boska cnota. Bóg jest cierpliwy nie z tytułu swojej wyrozumiałości, ale dlatego że widzi głębię wszystkich rzeczy, dlatego że najgłębsza realność – zakryta dla nas – dla Niego jest otwarta. Im bardziej przybliżamy się do Boga, tym stajemy się cierpliwsi i znajduje w nas odbicie tak charakterystyczny dla Niego respekt, jaki On okazuje wszystkim istotom.
Jako korona i owoc ogółu naszych wysiłków przychodzi wreszcie miłość, która może pochodzić – o czym już była mowa – tylko od Boga. Jest to dar, który okazuje się celem wszystkich naszych duchowych praktyk.
Wszystko to zostaje podsumowane w końcowej prośbie wielkopostnej modlitwy, by „widzieć nasze przewinienia i nie potępiać naszych braci”. Ostatecznie bowiem istnieje tylko jedno niebezpieczeństwo: pycha.
Pycha jest źródłem zła, a każde zło jest pychą. Jednakowoż nie wystarcza, że widzimy nasze przewinienia, gdyż nawet taka, jak się na pozór zdaje, niedwuznaczna cnota obrócić się może w pychę. Pisma Świętych Ojców pełne są przestróg przed subtelnymi formami pseudopobożności, pod pokrywą pokory i samoponiżenia mogącymi kryć demoniczną wręcz pychę. Wszelako, gdy „widzimy nasze przewinienia” i „nie potępiamy naszych braci”, czyli innymi słowy, gdy wstydliwość, skromność, cierpliwość i miłość zejdą się w nas w jedną całość, główny nasz wróg – pycha – zostanie unicestwiony.
Po każdej prośbie modlitwy bijemy głęboki pokłon. Pokłony bije się nie tylko w czasie odmawiania modlitwy św. Efrema Syryjczyka, są one cechą charakterystyczną każdego wielkopostnego nabożeństwa. Tu jednak ich sens wychodzi najlepiej na jaw. W długotrwałym i najeżonym trudnościami wysiłku duchowego odrodzenia Kościół nie oddziela duszy od ciała. Człowiek odpadł od Boga jako całość – z duszą i ciałem. Zatem także jako całość winien odrodzić się i wrócić do Boga.
Upadek człowieka polegał na zwycięstwie ciała – zwycięstwie tego co zwierzęce i irracjonalne, nad tym co duchowe i Boskie. Atoli ciało to rzecz piękna, rzecz święta, tak święta, że sam Bóg w nie „się wcielił”. Zbawienie i pokuta tedy to nie pogarda dla ciała i jego zaniedbanie, lecz przywrócenie ciału jego właściwej funkcji jako manifestacji życia i ducha, świątyni bezcennej człowieczej duszy.
Chrześcijański ascetyzm to walka nie przeciw, lecz za ciało. Oto dlaczego wolno stwierdzić, że cały człowiek – duszą i ciałem – pokutuje. Ciało uczestniczy w modlitwie zanoszonej przez duszę tak, jak dusza modli się poprzez ciało i w ciele. Głębokie pokłony – psychosomatyczne znaki pokajania, adoracji i posłuszeństwa – to zatem jeden z najbardziej charakterystycznych rysów wielkopostnej pobożności.